piątek, 18 lutego 2022

Legenda XI

O wałbrzyskim węglu

Pewnego razu, młody pastuszek wyruszył w góry. Jego rodzice mieszkali w ubogiej chałupce w Wałbrzychu, a on pomagał im, codziennie wychodząc z niewielkim stadkiem owiec, aby je pasać na górskich zboczach. Chłopcu jednak nudziło się, kiedy owce spokojnie, bez pośpiechu skubały trawę. Nie dziwi więc, że szukał sobie rozrywki, myszkując po zaroślach, śledząc zwierzynę oraz ptactwo. Tego dnia, spokojny, że owce się nie rozbiegają, znów ruszył na wędrówkę i udało mu się znaleźć coś, czego codziennie się nie znajduję- lisią norę. Jakby tego było mało, w jej wnętrzu i przed wejściem leżało pełno dziwnych kamieni- czarnych, błyszczących i dość lekkich. Zaciekawiony pastuszek postanowił zabrać ich kilka do domu i pokazać rodzicom. Oni jednak, utrudzeni całodzienną robotą, nie chcieli na nie nawet spojrzeć.                                                                                                            -Wyrzuć te kamienie, bo izbę tylko zaśmiecisz!- burknęła matka. Chłopiec choć niechętnie wyrzucił kamienie, lecz wprost do ognia i zdumiał się kiedy zobaczył, jak zaczęły płonąć. Wieść o płonących kamieniach rozeszła się po okolicy bardzo szybko. Wkrótce wielu ludzi wyruszyło po nie do lisiej nory, a po jakimś czasie na jej miejscu, powstała pierwsza w tych stronach kopalnia węgla, długo jeszcze zwana "Lisią sztolnią".

 

Źródło- na podstawie K.Kwaśniewski- Podania dolnośląskie, Wrocław 1968                                                                                                                                               Zdjęcie- https://polska-org.pl/.

    
 

sobota, 8 stycznia 2022

Na straży

 

Zatem, co tam robię, gdzie jestem i dokąd się udaję? Pytania, które mogły by paść, ale nie padają. Nie ponoszę winy, nie jestem dławiony odpowiedzialnością ani kłuty skruchą za to, że nie ogarniam. Ten obraz, tak szeroki i nierzeczywisty, zdaje się być sztuką bez możliwości przyswojenia. Bez puenty, na którą zwykle się czeka. Trwa w zawieszeniu. Za każdym razem, gdy dotyka tego mój wzrok, a reszta zmysłów odbiera gamę sygnałów, tworzy się nowy świat. Rodzi się utożsamienie i coś, na kształt troski. Pochylam głowę, lecz nie spuszczam z nich wzroku. Już nigdy. Teraz wreszcie rozumiem. Jestem tu na służbie. Na straży tego, by ciągłość zaistnienia rzeczy na tej ziemi, odbywała się niezauważona, sennie i ukradkiem. Z błogosławieństwem końca czasu.    

sobota, 31 lipca 2021

Dnia pewnego

 

W końcu przyszedł tu. Odważył się. Most jak most, a jednak inny niż go zapamiętał. Gdy tak stał i patrzył zrozumiał, że nadejdzie chwila, gdy zostanie z tym wszystkim sam na sam. Już niedługo. Jego zmęczony kark, słabe ręce i palce którymi wodził teraz po zimnych kamieniach szukając wzrokiem znajomego, nie oczekiwały zbyt wiele. W zasadzie nic. Patrzył raz na rzekę, raz na dachy i góry, które z tej perspektywy zawsze wydawały mu się nieskończone. A przecież kiedyś tak dobrze znane. Opuścił wzrok, drgnął i poczuł nagły, przeszywający ból. Upadł. Gdy podbiegli ludzie, zachodzącym spojrzeniem objął jeszcze fragment nieco większego kadru i lekko poczynił znak krzyża.

Nie umarł. Wydawało się że trzeci zawał będzie już tym ostatnim. Że naderwane serce odpowie pretensją i nie zechce dłużej bić. A jednak. Kilka dni później leżąc w łóżku pojął wreszcie, że od pewnych zależności ochronił go cud. Po prostu. Nie pierwszy i nie ostatni, w tym mieście...