sobota, 15 marca 2014

Sonnenstein


Niepojęty spokój.
Kiedy tak stał i nadsłuchiwał, jego ciało wydało mu się nieistniejące. Wiatr tu odpuścił. Nieliczne liście kołysały się oszczędnie, jakby wspominały niedawne jeszcze ciepłe wieczory.
Oparł się o najbliższą ze skał i zaczął nucić znajomą melodię. Dwa tony wysokie, pauza, przeciągły środkowy, oddech, dwa kolejno niższe, pauza i od nowa. Tak ledwie minutę. A później spojrzał trochę wyżej i podjął decyzję. Stopniowo zaczął piąć się w górę. I nagle przestał nucić ale zdziwił się, bo melodia popłynęła dalej. Z wyższych partii doszły go teraz nieregularne dźwięki.


To nie wiatr. To nie jego sprawka. Im wyżej podchodził, tym słyszał to wyraźniej. Wkrótce dało się już odróżnić poszczególne frazy. I głos. Niski, lecz kobiecy. Zaczął snuć przypuszczenia, która to odważna niewiasta taką przedwieczorną porą przyszła na skały. Może to jedna z zuchwałych młodych dam, spędzająca w Hausdorf ostatnie dni lata?
Niepokój dotarł po paru krokach. Powietrze wyraznie zgęstniało, jakby nie pasując zupełnie do zapowiedzi rześkiej wrześniowej nocy. Coś było nie tak. Edwin czuł to wyraznie. Jeszcze kilka kroków i melodia wydała mu się skądś znajoma. Gdzieś już to słyszał. I nagłe olśnienie. Weimarski teatr, dwa lata temu! Tak, mylić się nie mógł. To na pewno zasłyszana tam Pieść o Hildebrandzie. Mimowolnie przyspieszył kroku i łapiąc się metalowej poręczy pokonał ostatnie stopnie schodków.
Na górze dotknął go zimny powiew i Edwin wzdrygnął się wyraznie. Szybkim ruchem zdjął cylinder.
Siedziała do niego tyłem. Jej drobna, delikatna postura przy opasłym cielsku skały, była niczym złudzenie. Długa biała suknia opadała swobodnie, i mężczyźnie zdawało się że była niczym innym jak kotarą z mgły.  Kobieta nie śpiewała już. Pochylała głowę do przodu, tak że gęste kruczoczarne loki odsłaniały kark i szyję. Wiotką jak gałąź olszy. Edwin poczuł ponowny dreszcz, lecz pokonał niepewność i podszedł bliżej. I nagle zadęło tak silnie że zachwiał się, a poły jego żakietu wywinęło na zewnątrz. Coś dostało mu się do oka, więc schylił głowę i sięgnął do kieszeni po chustkę. I nagle śpiew powrócił. Łzawiącymi oczyma spojrzał znów na kobietę i miał już coś rzec, ale nagle obraz się zmienił. Wpierw pomyślał że to znów przez napływające łzy. Użył szybko chusteczki i spojrzał ponownie, lecz efekt nie minął. Stał się jeszcze bardziej wyraźny.
Kobieta stała wyprostowana. Wciąż tyłem do niego, podnosiła ręce wzdłuż boków i niskim gardłowym głosem zaczęła skandować pewną frazę. Edwin nie słyszał jeszcze nic podobnego. Jej głos łamał się co chwilę, a drobne ramiona kołysały i drżały. Nienaturalnie białe ręce przywodziły na  myśl cerę kogoś, na dobre zdjętego anemią. Nie trwało to jednak dłużej niż minutę. Tak mu się przynajmniej zdawało. I nagle kobieta odwróciła się gwałtownie, a jej suknia, choć długa, zatańczyła zwiewnie wokół bioder. Spojrzenie dużych czarnych oczu sprawiło, że Edwin zapomniał o wszystkim.

Ciało...umysł...duch...przestrzeń...czas.
Ze wszystkiego co ma być nadmiarem i z niczego co nigdy nie było skrawkiem.
Dotyk...śnienie...lęk...obraz...czas.
Z nieco wyższej perspektywy świat nabrał innego znaczenia. Stopniowo wierzchołki drzew stały się poziomem jego wzroku, ale nie zatrzymywał tego i wkrótce zobaczył całą górę tak, jak gdyby ktoś pozwolił mu być ptakiem. Nie czuł żadnej ciężkości. Nie musiał robić nic. Patrzył.
Horyzont ozdabiała już krwistoczerwona łuna, a na ziemię wypełzał mrok. Odchodził stąd w całkowitej ciszy i obojętności, choć głęboko w nim samym zalegał piskliwy śmiech kogoś, kto jeszcze chwilę temu zdawał się być tylko niewinną kobietą.

Gdy kilka godzin później nad Sonnenstein nadpłynęły pierwsze chmury, ciała mężczyzny już tam nie było. Jedynym śladem jego obecności był cylinder, spoczywający kilka metrów niżej na małej półce skalnej. Znaleziono go dwa tygodnie później, choć z faktem zaginięcia Edwina nie połączono nigdy.

Kuhberg czekała. Wraz z nią czekała Else.


***




Źródło zdjęć: internet